W San Francisco, stolicy gejowskiego wszechświata, wielkich spędów jest w roku tyle, że nawet nie celując z terminem podróży w terminy imprez, przypadkowo się na nie trafia. Tak też zeszłego lata trafiłem na Pride (paradę o bardzo ważnej historycznie genezie), a ostatnio na IBR, czyli International Bear Weekend. W przeciwieństwie do wielu innych misiowych imprez w San Francisco, IBR nie jest ani uliczną paradą, ani imprezą taneczną. To po prostu zespół odbywających się w jeden weekend wydarzeń, mających na celu przyciągnięcie misiów z całego świata, stąd w nazwie słowo „International”.
Tymi magnesami na misiów mają być przede wszystkim bary, w których w tym czasie powszechną praktyką jest tzw. beer bust. Płacisz raz ustaloną stawkę ($9, o ile pamiętam) i za tę kasę masz tyle dolewek piwa, ile zechcesz. Nie wiem, czy to kwestia wysokiej kultury tych ludzi, ale nie widziałem tam nikogo pijanego, tylko paru podchmielonych na wesoło. Większość gejowskich barów jest oczywiście skupiona w Castro, naszej ulubionej dzielnicy tęczowych flag (dzielnica, w której, jak twierdzą miejscowi, kogokolwiek widzisz, na pewno jest gejem lub lesbijką), ale nie tylko. Mój gospodarz na przykład upodobał sobie bar Lone Star, w dzielnicy Soma. Tam też się usadowiliśmy w sobotę 13 lutego po południu, zaraz po moim przylocie. Po kilkunastu godzinach lotu i przy 9-godzinnym przestawieniu czasowym trudno być świeżym i przytomnym, jednak udało mi się spędzić mile wieczór. Loui, barman w Lone Star, to nie tylko bardzo przystojny misiek, ale też tryska energią, humorem i ma bardzo rozluźniający wpływ na gości.
Że nie wspomnę o innych miśkach, z którymi znajomości nawiązuje się dość łatwo (no, chyba że się trafi na takich z wielkim ego). Mnie, jako NIE szukającemu seksu, wieczór minął nie wiadomo kiedy, w towarzystwie nowo poznanego Bruce’a, historyka, pasjonującego się historią San Francisco i Kalifornii w ogóle. Wiecie, dlaczego właśnie SF stało się siedliskiem gejów w Stanach? Bo wyrzucano ich z armii (dokładnie: z marynarki) i zostawiano w tym portowym mieście nad Pacyfikiem.

Niedzielę w pewnym stopniu również dzieliłem między różne misiowe bary (Lone Star, 440), ale centrum wydarzeń mających miejsce w ramach IBR stał się hotel Parc 55. To tu, przez cztery dni (a propos, ładny mi weekend, trwał od czwartku!), w jednej z największych sal, zgromadzili się sprzedawcy wszelkich artykułów mogących zainteresować misiowy rynek zbytu: koszulki, czapki, gadżety, czasopisma, nieskromne filmy o misiach ze skromną fabułą ;-), itp. Moje ulubione stoisko (nie tylko ze względu na osobę właściciela i autora) zawierało prace malarskie Patricka, jednego najprzystojniejszych i najbardziej utalentowanych miśków, jakich tam poznałem osobiście, wcześniej online. Właśnie zgodził się na opublikowanie jego zdjęcia, więc spójrzcie tylko: masywne ciało, futrzasta klata, niebieskie oczy, ujmujący uśmiech, a przede wszystkim skromność, to jego ozdoby. Że o talencie nie wspomnę. Tematyka jego malarstwa, to niedźwiedzie-zwierzęta i, rzecz jasna, niedźwiedzie-faceci. Szkoda tylko, że był bardzo zmęczony, ale to zrozumiałe po czterech dniach pracy na stoisku.
W niedzielę wieczorem, również w Parc 55, przyszedł czas na zwieńczenie IBR, czyli wybory Mr. Bear International. To coś jak październikowe wybory Mr. Bear Poland w poznańskiej Hallo! Cafe i Klubie Heros, tylko zakrojone na międzynarodową skalę. Kilka lat temu wybory te wygrał nieziemski
Pedro Veral (wpiszcie sobie koniecznie to nazwisko w google!), co zaowocowało jego drugoplanową, ale jakże gorącą, rolą w filmie Chuecatown. I to były niewątpliwie czasy największej świetności tej imprezy.

W 2010 r. wybory zapowiadały się równie gorąco. Delikatnie mówiąc, wśród publiczności było na kim oko zawiesić. Konferansjer (na zdjęciu – ten w czerwonym) wyglądał tak, że w porównaniu z nim można było nie zauważyć większości konkursowiczów. ;-) Prawdziwie jednak szczena mi opadła, gdy na scenę wyszedł pierwszy uczestnik konkursu, Juan z Madrytu (znowu Hiszpania!). Trudno nawet powiedzieć, do jakiej temperatury w skali Fahrenheita podniosła się w okamgnieniu atmosfera na sali. Wszystkie oczy i obiektywy, włącznie z moim, samoczynnie skierowały się ku jego gorącej, ciemnookiej, ciemnowłosej i ciemnofutrzastej fizjonomii. Zdziwiłbym się, gdyby i pewne inne części ciała widzów nie przebudziły się w tym momencie... ;-)

Sęk w tym, że Juan okazał się zwiastunem zdecydowanie przerastającym całość, która po nim następowała. Może jestem zbyt wybredny, ale pozostali konkursowicze wyglądali w najlepszym razie jak przypadek, a niektórzy jak żart. Ich sposób odpowiadania na pytania też bynajmniej nie poprawiał wrażenia. Nawet nie zapamiętałem faceta, który wygrał konkurs, tak był mi obojętny. Wyłoniono zwycięzców w kilku kategoriach: Mr. Bear International, ponadto Mr. Bear Grizzly, Mr. Bear Cub (ten tytuł przypadł Juanowi), Mr. Bear Daddy, itp. Jak się później dowiedziałem, ranga imprezy spada. Wierzcie mi, nietrudno w to uwierzyć, patrząc na tegorocznych uczestników... Poza Juanem i gorącym konferansjerem, na których skupił się mój obiektyw, o wiele milej było spoglądać na widownię, niż na scenę. Reasumując, Polska nie musi mieć kompleksów.
Po imprezie czas na pamiątkowe foty. I tu niespodzianka. Gdy pozowałem do zdjęcia z Juanem, w ruch poszedł nie tylko mój aparat w ręku jednego z widzów, ale i mnóstwo innych, niekoniecznie zgodnie z moją wolą. Tego nie przewidziałem zakładając tego wieczoru koszulkę „Mr. Bear Poland 2010”. Cóż oni sobie pomyśleli? ;-)
Tekst i zdjęcia:
Sweet Talker